„Grizzly” Adama Zalewskiego. Recenzja całkowicie subiektywna

 205711_1312634999_8143_pClinton Gerstaecker, pięćdziesięciojednoletni szeryf Green Doll w Kentucky właśnie wraca po służbie do ukochanej ponad wszystko żony. Gdyby wiedział, co się niedługo wydarzy, nie cieszyłby się aż tak bardzo.

 

Szeryf jedzie jej powiedzieć, że dostał propozycję awansu na szefa wszystkich szefów, czyli szeryfa okręgu w niedalekim mieście i jest ogromnie ciekaw, jaka będzie jej opinia. Opinia Cynthii, ukochanej ponad wszystko żony, jest dla szeryfa najważniejsza na świecie. Cała opowieść zaczyna się kilkanaście kartek później.

 Gdy Clinton wyjeżdza i wraca po kilku dniach nieobecności spowodowanej sprawami awansu, zamiast gorącego obiadu zastaje rozniesione po całej ścianie sypialni coś, co kilka dni temu było jego żoną. Strzały z broni dużego kalibru potrafią nieźle namieszać niejednemu w głowie. Ale nasz szeryf nie jest mięczakiem. Spokojnie zapala papierosa i analizuje sytuację. Przed oczami przelatują mu klatki z filmu z Chuckiem Norrisem w roli głównej „Samotny wilk McQuade”. Po kilku minutach już wie, że dobrzy i uczciwi ludzie o surowej sprawiedliwości są bohaterami, a ci źli – zawsze giną. Nie ma, co tak stać na werandzie – pomyślał szeryf i zawołał kolegów z pracy.

 Gdy już wszystko było w domu posprzątane, krew zmyta i słonce zaszło, chłopaki wyciągnęli flaszkę, a kumple z drogówki zamienili silnik w jego starym Dodge z rupiecia na superpotwora z czterystoma końmi. Jak western to western, niech szeryf sobie pojeździ na czterystu konikach. Na zachodzie, szczególnie w Ameryce, broni jest pod dostatkiem (może rośnie w kukurydzy?), więc nasz bohater załadował ją do auta pod sufit, złożył wymówienie z pracy i pojechał na poszukiwanie zbirów, którzy z jego żony zrobili konfetti. Sprawę miał ułatwioną, zostawili tyle widocznych śladów, że nie musiał się martwić, że ich nie znajdzie.

Obiecał sobie, że im nie daruje tego pochlapanego krwią błękitnego w złociste słoneczka fartuszka. Bo ten fartuszek był jego ulubionym. Już raz, jak mu kiedyś zastrzelono przypadkowo tatusia, znalazł sposób, by morderca umierał długo i powoli. Teraz też nie będzie miał skrupułów, w końcu jest bohaterem w książce dla osób o wyjątkowo mocnych nerwach. Od tej chwili akcja się nie toczy, ona, jak to pisze sam autor książki, zapie…

Chociaż wszystko jest jasne i podane na tacy, a napięcie tak wysokie jak w trakcie partii szachów, to jednak powieść czyta się całkiem nieźle. Autor na łamach lektury nie nudzi, ale też i nie rozpala wyobraźni i nie powoduje, że odkładając książkę do czytania na tzw. później, nie można doczekać się chwili, by znów po nią wrócić. Ot, taka sobie. Jasne natomiast od początku jest tylko jedno: Każdy, kto wchodzi w drogę Grizzly, kładzie się po niewłaściwej stronie trawnika Clint Gerstaecker to postać nietuzinkowa.

Żaden tam wilk z podkulonym ogonem. To prawdziwy amerykański niedźwiedź Grizzly. Jak sam o sobie mówi: „Pracowałem w oczyszczalni miasta. Fakt, któremu zaprzeczyć nie można, szeryf potrafi oczyszczać i wyrywać chwasty. Przemierzając Stany Ameryki Północnej przyjdzie mu „posprzątać” jeszcze niejeden raz. I nie ma zmiłuj się. Nawet ci biedni wyznawcy Kościoła Ciała i Krwi Pańskiej będą musieli zmienić menu i przestać gustować w „koźlinie”. Przynajmniej ci, którzy przeżyją spotkanie z naszym Super Hero. Ale co to w końcu komu przeszkadza, ze doniczki do kwiatków robione są z ludzkich czaszek? O czym jest ta książka? To mroczny thriller, który przeplata się z awanturniczym charakterem westernów. Wszystko to osadzone w realiach świata współczesnego i czasem czytelnik ma wrażenie, że mu się myli wiek XXI z XIX. Wszak nazwisko Gerstaecker nie jest tutaj raczej przypadkowe, Freidrich Gerstaecker, XIX-wieczny pisarz, opisywał dziki zachód z dawnych lat. Natomiast tytułowy szeryf Gerstaecker jest niczym jego imiennik Clint Eastwood w „Unforgiven”, twardy, konsekwentny i nieugięty.

Do tego kotła autor dorzucił pasję i samozaparcie, teksańskiego rangera Chucka Norrisa–obrońcę sprawiedliwości. Jako szczyptę przypraw mamy tutaj realizm i fakty. Na deser pisarz serwuje zgrabne połączenie postaci, gdzie wszyscy są lepsi od Tommy Lee Jonesa w „Ściganym”. To wszystko ulepione w jedną całość, pisarz podaje czytelnikowi, mówiąc, że to smakowite danie. Moim zdaniem książka ta to danie lekko niedoprawione, bez wyraźnej nuty zapachowej i bez wyraźnego smaku. Lepsza to kuchnia niż bary szybkiej obsługi, ale jeżeli nie musisz to nie kosztuj. Wiele nie stracisz. Ot, taki obiad na szybko przy drodze szybkiego ruchu. Książka ta to potrawa tylko dla tych, którzy gustują w tego typu kuchni. Dla prawdziwych twardzieli.

Tytuł: Grizzly

Data wydania: luty 2011

Wydawnictwo: Oficynka

 Liczba stron: 290

 Format: 125 x 195 mm

 Oprawa: miękka

Czytaj wiecej: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/grizzly_adama_zalewskiego_recenzja_calkowicie_subiektywna_205711-2–1-d.html

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s